Przejdź do głównej zawartości

Wszystkiego dobrego Najjaśniejszy Panie!


18 sierpnia 1830 roku. To pamiętna data dla wszystkich poddanych i sympatyków wielonarodowościowego nieistniejącego już prawie 100 lat imperium Austro - Węgierskiego. Tego to dnia w pałacu Schönbrunn opodal Wiednia przyszedł na świat wielki człowiek. Historia zapamiętała go jako cesarza Franciszka Józefa I, choć w pamięci poddanych i potomnych zachował się raczej jako poczciwy kaiser Franz (złośliwie nazywany starym pierdolą). Ten zacny mąż stanu przez wielu uważany za ostatniego prawdziwego władcę dynastycznego nie zasłynął ani wielkimi zwycięstwami na polach licznych bitew, które stały się jego udziałem (po prawdzie zdecydowaną większość sromotnie przegrał) ani nie powiększył terytorialnie obszarów swojego państwa (musiał się, natomiast pożegnać z wieloma kilometrami kwadratowymi odziedziczonych po przodkach włości) ani też nie zasłynął szczególnie zręcznie prowadzoną polityką międzynarodową (za jego rządów Austria ostatecznie popadła w polityczną zależność od królestwa Prus stając się coraz mniej znaczącym graczem na światowej arenie). Tron objął w wieku lat 18 - 2 grudnia 1848 roku (gdy dowiedział się, że skroń jego ma lada dzień ozdobić cesarska korona miał westchnąć, iż zbyt szybko odebrano mu młodość) po swoim stryju Ferdynandzie zwanym dobrotliwym, który będąc upośledzonym umysłowo władcą sprawdzał się w czasie pokoju, jednakże w czasie rozruchów, które targały w owym czasie imperium potrzebowało ono silnego i sprawnego władcy. Panował długo a wręcz bardzo długo. Jego rządy to cała epoka. Ludzie rodzili się i umierali a on trwał. Był jednym z najdłużej panujących monarchów w historii, bo aż 68 lat. Zmarł w 21 listopada 1916 roku w wieku lat 86 w samym środku I wojny światowej. Umierał zdaje się świadomy, że przyniesie ona kres takiej europie jaką znał przez całe swoje życie - i jaką ludzkość znała przez ostatnie wieki, rządzonej w większości przez koronowane głowy, gdzie armie w mundurach o wszystkich kolorach tęczy ścierały się na polach bitew w większości przypadków zostawiając zwykłych ludzi w spokoju. Wiedział, że Austria po siedmiu wiekach rządów jego rodu odrzuci Habsburgów. Dziedzictwo dziesiątek pokoleń przodków przepadnie. Śmierć cesarza w zgodnej opinii historyków całego świata była również kresem pewnej epoki. XX wiek zmienił oblicze świata. Czy na lepsze? To już pozostaje w gestii oceny każdego z nas. 

Także historia nie obeszła się z, nim zbyt łagodnie. Przeważa opinia, że był miernym władcą. W moim jednak odczuciu i w odczuciu setek tysięcy zwykłych ludzi pozostaje kimś wyjątkowym. Nie będę się silił na słynne Tacytowe zalecenie: sine ira etstudio. Będę do bólu stronniczy. W moim pokoju wisi portret Najjaśniejszego Pana. Poczciwy starszy Pan z bokobrodami spogląda na mnie wyrozumiałym wzrokiem. Franciszek Józef jest cesarzem moich przodków - a przynajmniej tej połowy, której przyszło żyć w Galicji, czyli polskich ziemiach, które znajdował się w zaborze Austriackim. Tak to prawda. Franciszek Józef był zaborcą. Mimo to moja babcia przed każdymi zajęciami w szkole śpiewała hymn Austro - Węgier nie inaczej jak w języku polskim. W języku polskim modliła się za cesarza, po polsku rozmawiał w szkole, w domu, w urzędzie, w kościele. Polski był językiem urzędowym - był to jedyny taki zabór. Polacy piastowali najwyższe godności nie tylko w Galicji, ale w całym cesarstwie. Jeden z nich dosłużył się nawet stanowiska kanclerza całych Austro - Węgier! Coś nie do pomyślenia pod rządami cara. Cesarz lubił Polaków. A oni lubili jego. Co ciekawe, gdy po raz pierwszy przybył do Galicji jeszcze jako młody człowiek jeden z bogatych lwowskich mieszczan na wieść, że władze każą wywieszać flagi we frontowych oknach kamienic kazał je wszystkie zamurować, by nie oddać honorów zaborczemu władcy. Gdy Franciszek Józef odwiedzał Galicję po raz ostatni już jako starszy człowiek fetowały całe miasta, wszyscy poddani zbierali się na trasach przejazdu, by pomachać swojemu władcy a polskie elity wystosowywały wiernopoddańcze adresy. W genach mam zapisany szczególny stosunek do tego człowieka i nie będę tego ukrywał - jest moim ulubionym władcą. Ale nie tylko z wyżej wymienionych powodów. 

Franciszek Józef urzeka jeszcze jednym. Nie był oczywiście władcą idealnym. Ale czy tacy istnieją? Obawiam się, że nie. Był, za to na pewno kimś bardzo.. ludzkim i doświadczonym przez życie. Wspominałem już, że umierał świadom iż całe dziedzictwo jego rodu przepadnie. Niewielu władców doświadczyło takiego smutku. Ale to dopiero początek. Stracił dwóch następców tronu. Jednym był jego jedyny syn. Popełnił samobójstwo w do dziś tajemniczych i nie wyjaśnionych do końca okolicznościach. Śmierć drugiego - arcyksięcia Franciszka Ferdynanda - była bezpośrednią przyczyną wybuchu I wojny światowej. Zginął zastrzelony przez zamachowca w Sarajewie. W Meksyku zginął jego brat - samozwańczy cesarz tego państwa. Rozstrzelali go powstańcy. Na sam koniec śmierć dosięgła jego ukochaną żonę - piękna, przez wielu uważana za najpiękniejszą kobietę europy cesarzowa Elżbieta nazywana zdrobniale Sisi zginęła zadźgana pilnikiem przez włoskiego anarchistę. Cesarz, który autentycznie kochał swoją żonę miał jeden jedyny raz publicznie zapłakać i stwierdzić, że nic w życiu nie zostało mu oszczędzone. Zamachowiec został oczywiście skazany na karę śmierci. Okazało się jednak, że był jedynym synem i żywicielem swojej podeszłej już w latach matki. Franciszek, gdy mu o tym doniesiono nakazał ze swojej prywatnej szkatuły wypłacać jej rentę do końca życia. Utrzymywał matkę, której syn zamordował jego ukochaną żonę. Mówi to wiele o nim jako o człowieku. 

Na sam koniec warto wspomnieć i o tym, że cesarz był tytanem pracy. Władcy okolicznych państw korzystając ze swej pozycji cieszyli się życiem często zaniedbując swoje obowiązki. Franciszek Józef I od 18 do 86 roku życia kładł się codziennie spać o 20. Wstawał w zależności od pory roku - w lecie o 3:30 a w zimie o 4:30. Przez cały dzień z przerwami na posiłki zajmował się sprawami państwa. Tym smutniejsza staje się świadomość dalszych losów jego państwa. Poświęcił mu całe życie a i tak nie zdołał zapobiec jego upadkowi. 

Kończąc ten przydługi wpis proszę o wybaczenie, ale nie byłem w stanie napisać mniej o tym władcy. Wiem, że wyszła z tego prawie apoteoza a już na pewno hagiografia. Nie przeszkadza mi to. Jestem pewien, że ten człowiek zasłużył sobie na to. Dał nam Polakom wiele - od swobody używania ojczystego języka aż po możliwość obchodów rocznic kolejnych powstań. Nie dał nam jedynie niepodległości, bo nie mógł tego uczynić (choć miał plany uczynienia z Polski trzeciego członu swojego imperium). Tą wzięliśmy sobie sami - powstała na gruzach jego państwa. Nie do końca potrafię się z tego cieszyć. Jeśli czyni to ze mnie złego patriotę będę musiał z tym jakoś żyć. Ale powiedzcie sami parząc na poniższe zdjęcie, na tą poczciwą twarz. Czy tego człowieka można nie lubić?



Najjaśniejszy Pan Franciszek Józef I

Franciszek Józef I z Bożej Łaski cesarz Austrii, apostolski król Węgier, król Czech, Dalmacji, Chorwacji, Slawonii, Galicji, Lodomerii i Ilyrii, król Jerozolimy etc, etc... arcyksiążę Austrii, wielki książę Toskanii i Krakowa, książę Lotaryngii, Salzburga, Styrii, Karyntii, Krajiny i Bukowiny, wielki książę Siedmiogrodu, margrabia Moraw, książę Górnego i Dolnego Śląska, Modeny, Parmy, Piacenzy, Guastalli, Oświęcimia i Zatora, Cieszyna, Frulii, Raguzy i Zadaru, uksiążęcony hrabia Habsburga i Tyrolu, Kyburga, Gorycji i Gradiszki, książę Trydentu i Brixen, margrabia Łużyc Dolnych i Górnych oraz Istrii, hrabia Hohenembs, Feldkirch, Bregenz, Sonnenebergu, pan Triestu, Cattaro i Marchii Słoweńskiej, wielki wojewoda województwa Serbii, etc, etc, ...


Żyj wiecznie w pamięci potomnych!

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Od Solferino do Genewy

Wczoraj przyszło mi pisać o odkryciu heroiny, które dla wielu ludzi skończyło się kolokwialnie mówiąc nie za dobrze. Dzisiejsza rocznica, choć w jej tle również rozgrywa się ludzki dramat przynosi jednak wspomnienie bardzo pozytywne. 22 sierpnia 1864 roku, czyli dokładnie 148 lat temu rządy wielu państw świata zebrane w Szwajcarskiej Genewie podpisały pierwszą konwencję genewską. Głównym impulsem, który skłonił rządzących światem do podjęcia tej słusznej inicjatywy był powstały niecały rok wcześniej Międzynarodowy Komitet Czerwonego Krzyża pod wodzą Henri Dunanta pierwszego laureata pokojowej nagrody Nobla. On to zdążając 24 czerwca 1859 roku na spotkanie z cesarzem mijał włoskie miasteczko Solferino, opodal którego miała miejsce krwawa bitwa między wojskami Cesarstwa Austriackiego a połączonymi siłami II Cesarstwa Francuskiego oraz Królestwa Piemontu i Sardynii. Samych poległych naliczono około 40 tysięcy, do tego kolejne tysiące rannych i umierających, którzy dogorywali obok martwy…

Bismarck. Ale nie kanclerz.

24 sierpnia 1940 roku swoją przygodę z historią rozpoczął postrach mórz i oceanów II wojny światowej. Tego to dnia do służby w Kriegsmarine (marynarka wojenna III Rzeszy) wszedł zwodowany niewiele ponad rok wcześniej pancernik Bismarck. Mimo, że czas jego służby w machinie wojennej hitlerowskich Niemiec okazał się krótki zapewnił sobie poczesne miejsce w historii wojskowości. 
Jego budowę rozpoczęto 1 lipca 1936 roku. Wykonawcą była stocznia Blohm und Voss z siedzibą w Hamburgu. Wodowanie nastąpiło 14 lutego 1939, a więc, zaledwie kilka miesięcy przed wybuchem II wojny. Dowódcą okrętu 24 lipca 1940 został komandor Ernst Lindemann - jak pokazał czas służbę tą miał pełnić zarówno do końca swego jak i dowodzonego przez siebie statku. 
W swój pierwszy rejs 28 września 1940 roku Bismarck udał się do okupowanej przez Niemców Gdyni (zwanej przez okupantów Gotenhafen). Zbudowany od podstaw przez Polaków port miał w zamyśle hitlerowców stać się głównym portem postojowym potężnego pancernika. …